środa, 29 października 2014

Rozdział 2

- Zmieniłeś się...
To był niemal szept.
Mimo tego wszystkiego co się działo, ja nadal nie umiałam się przełamać. W pewnej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy ja się go przypadkiem nie boję. Ale nie... To nie było prawdą. Ja po prostu byłam za bardzo w tym wszystkim zagubiona. To było coś innego...
- Nieprawda... Jestem taki sam jak kiedyś. - usłyszałam w odpowiedzi.
Pokręciłam jedynie głową i podniosłam na niego wzrok. Chłopak opuścił widelec na talerz i uważnie spojrzał w moim kierunku. Przeżuwając powoli ostatni wzięty kęs, dokładnie mi się przyglądał. Ta cisza była cholernie niezręczna...
Nie mogąc dłużej znieść jego spojrzenia, po prostu opuściłam wzrok wpatrując się w w ogóle nienaruszoną sałatkę, którą jakiś czas temu sobie nałożyłam. Po chwili dopiero usłyszałam odsuwanie się krzesła. Spojrzałam na Zayna. Chłopak wstał w ogóle nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Schudłeś. - rzuciłam szybko, a on tylko zmarszczył brwi.
Po chwili spojrzał na siebie, a następnie z powrotem na mnie. Nic nie powiedział.
- Zmieniłeś się. - powtórzyłam obserwując go tym razem już o wiele dokładniej.
Zayn już nie zaprzeczył. Nie da się ukryć, że chłopak jest wysoki i szczupły. Ale po tych czterech miesiącach... Wystarczyło, że miał teraz podwinięte rękawy od swojej czarnej koszuli. Jego kości były niemal na wierzchu. Wyglądał prawie tak, jakby popadał w anoreksję. Brzmi to dość dziwnie, ale taka właśnie była prawda. On potwornie się zmienił. Bałam się w tej chwili zobaczyć go bez koszulki, a pamiętam, że uwielbiał tak spacerować. Jego strata na wadze skutkowała również całkowitą zmianą jego wyglądu. Jego twarz zdobił już porządny, kilkudniowy zarost, a włosy stały się krótsze i lekko postawione ku górze. Do tego chłopak powrócił do noszenia dwóch kolczyków. Niby dodawało mu to o wiele bardziej męskości, jednak to, w jakim był teraz stanie, przyprawiało mnie o ogromne zmartwienie.
- Wszystko jest okej... - rzucił po chwili, ale w jego głosie usłyszałam zawahanie.
- Kiedy ostatnio jadłeś?
- Teraz.
- A wcześniej?
- Wczoraj wieczorem.
Westchnęłam głośno.
- Jezu... Zayn... A zanim się tu pojawiłeś?
Chłopak przez chwilę się zamyślił.
- Jadłem co dwa, może co trzy dni... - powiedział cicho, a ja aż otworzyłam szerzej oczy.
- Słucham?! - niemal wykrzyknęłam.
- No... Wiesz... Nie było jak, nie było kiedy...
On ewidentnie próbował się tłumaczyć, ale ja tylko kręciłam głową. Oni go tam głodzili!
- Zayn... - chciałam coś powiedzieć, ale on mi przerwał.
- To nie było takie słodkie jak się wydaje. - powiedział opierając się obiema dłońmi o stół.
Patrzałam na niego uważnie. Chłopak spuścił wzrok, a po chwili ponownie na mnie spojrzał. Widziałam ból w jego oczach.
- Oni gnębili tam każdego, kto tylko im nie przypasował.
- Ciebie też? - spytałam cicho.
Zayn pokręcił głową.
- Czasami...
Przełknęłam głośno ślinę. Nie byłam pewna, czy chcę tego dalej słuchać.
- Buntowałem się. - powiedział prostując się.
- Po co?
- Chciałem tu wrócić...
Chłopak głośno westchnął i przysuwając sobie krzesło w moją stronę, usiadł najbliżej, jak tylko mógł.
- I wróciłeś... - powiedziałam cicho, a on tylko pokręcił głową.
- Nie wiem na ile. Tylko na dzisiaj, jutro, może na miesiąc... Oni będą wiedzieć, że tu jestem. Domyślą się i po prostu po mnie przyjdą. Gdyby nie to, że jestem za ciebie odpowiedzialny, już dawno bym się poddał. Nie mam na to wszystko po prostu siły...
Po jego słowach dosłownie nie wiedziałam, co mogę mu powiedzieć. Próbowałam w jakikolwiek sposób zanalizować to wszystko, dojść do jakiegokolwiek rozwiązania, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
- Parę godzin temu obiecałem ci, że już nie odejdę, ale wiem, że to był błąd. W tym momencie skłamałem, bo wiem, że mimo wszystko będę zmuszony iść.
- Dlaczego? - spytałam po chwili.
- Nie spłaciłem całego długu, a raczej przedłużył mi się on na kolejny rok. Wiem, że nie wiesz o czym mówię, ale to nawet lepiej. I tak jesteś już w ogromnym niebezpieczeństwie, a co mówić, jakbyś dowiedziała się o całej reszcie...
Ale on się mylił. Ja wiedziałam o wszystkim doskonale. Jednak on nie wiedział. Był ciągle przekonany, że mimo wszystko będzie zmuszony ponownie odejść. Tylko teraz, z tego co zrozumiałam on chciał to zrobić świadomie. Chciał to wszystkim zakomunikować i po prostu wystawić się na czystą śmierć. Z pewnością nie pochwalę go za to zachowanie.
W odpowiedzi pokiwałam jedynie głową.
Zastanawiałam się, co tak naprawdę mogłabym mu powiedzieć. Sytuacja była dosyć trudna i tak naprawdę ciężko było znaleźć jakiekolwiek porozumienie w tej sprawie.
- Coś cie nurtuje... - zaczął prostując się i opierając o oparcie krzesła.
Założył ręce w geście protestu i uśmiechnął się zachęcająco.
- No mów. - powiedział.
- W sumie to... Mam bardzo dużo pytań, ale jedno nurtuje mnie najbardziej... - odezwałam się nie spuszczając z niego wzroku.
- No to dawaj. Będę mówił całą prawdę. - zapewnił ze szczerym uśmiechem na twarzy.
I tak naprawdę takiego Zayna mi brakowało. Takiego beztroskiego i zawsze uśmiechniętego. I mimo tego, co się wydarzyło, on ciągle był w stanie normalnie funkcjonować. To było coś niesamowitego.
- Wtedy, kiedy poszedłeś z chłopakami na imprezę... Tego ostatniego dnia... - zaczęłam spoglądając na niego, czy aby na pewno on zdawał sobie sprawę z tego, co do niego mówię.
On tylko pokiwał głową.
- Wtedy... W tej uliczce... Oni do ciebie strzelili...
- Nie strzelili. - Zayn mi przerwał.
- Jak to? - spytałam, od razu się ożywiając.
- Strzelili w inne miejsce żeby cię zmylić. Po prostu.
Patrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Ale... - chciałam coś powiedzieć, ale chłopak tylko cicho się zaśmiał.
Moje usta lekko się rozwarły i nastała chwilowa cisza. Jak to celowali w inne miejsce?! Przecież to niemożliwe!
- Znaczy się jeden z nich wycelował we mnie. W sumie to oboje, ale jeden nie trafił.
Zmarszczyłam brwi.
- Zayn... - zaczęłam będąc już lekko poddenerwowana.
Chłopak zaczął się śmiać.
- Pamiętasz? Było ich trzech. Jednym z nich był James, którego na pewno już świetnie znasz.
- Zayn... Błagam... - powiedziałam przypominając sobie wszystkie sytuacje po kolei.
Chłopak przygryzł dolną wargę unosząc przy tym brwi do góry. Uśmiechnął się szeroko, a ja tylko zabijałam go wzrokiem. Ale on dalej kontynuował.
- Jeden z nich, ten niby najważniejszy, trzymał cię odwróconą, żebyś nie widziała mojej śmierci. Drugi z nich chybił, a trzeci, czyli James, dostał nakaz zamordowania mnie. Oni wszyscy robili to specjalnie bo wiedzieli, że oboje się przyjaźnimy i zawsze razem współpracowaliśmy, dlatego ta moja śmierć miała być niby bardziej bolesna.
Mówiąc to chłopak zrobił cudzysłów w powietrzu. I w tym momencie moje szare komórki pobudziły się do myślenia.
- Czekaj... Czyli z tego wynika, że James... - zaczęłam, ale Zayn na powrót mi przerwał.
- Dasz mi skończyć? - spytał śmiejąc się przy tym cicho.
Pokiwałam tylko głową i posłusznie umilkłam.
- James świetnie strzela. Jest młodszy ode mnie o dwa lata, ale ma tak zajebiste wyczucie, że w ogóle nie bałem się, że on zrobi mi jakąkolwiek krzywdę. Wycelował we mnie i strzelił. Zrobił to tak umiejętnie i szybko, że kula lecąc prosto w moją klatkę piersiową, przeleciała obok jedynie mnie przecinając, jednak nie zostając w środku. Spowodowało to tylko to, że poleciałem do tyłu, krew ze mnie wypływała tak, jakbym został postrzelony gdzieś w okolice serca i tyle. Nic mi w ten sposób nie zrobił. Jeżeli by tego nie zrobił, zamordowaliby ciebie.
- Ale głowa... Stamtąd też leciała ci krew!
- Bo świeżo po tym strzale potknąłem się i upadłem do tyłu. Jedyne co poczułem to cholerny ból w tyle głowy. I koniec. Potem obudziłem się tylko w szpitalu. Okazało się, że uderzyłem głową o leżący obok kamień, co spowodowało utratę przytomności i prawie wstrząśnienie mózgu. Stąd ta krew z głowy i z ust.
- Ale... Chwila! - powiedziałam patrząc na niego – Mówiłeś o szpitalu... Jakim cudem, skoro widziałam, jak James niósł ze sobą kanister z benzyną?
Zayn zaśmiał się cicho.
- James zabrał ten kanister i mnie na sam koniec tej uliczki. Tam było ciemno, więc idealnie mógł wszystko zrobił. Opowiadał mi, że wepchnął mnie we wnękę między jakimiś tam ruderami, a sam wylał tą benzynę na pobliskie śmieci i kartony i podpalił. Wrócił do nich i poinformował, że już po wszystkim, a kiedy odjechali, James cofnął się tam, gdzie mnie zostawił, wyciągnął z tej uliczki i zadzwonił po karetkę. Nie pytaj mnie jak on to wszystko ugasił, bo nie mam zielonego pojęcia. Ale potem obudziłem się już tylko w szpitalu. Nikt nie wiedział, że przeżyłem.
Wiedziałam, że w tym momencie chłopak zakończył już swoją wypowiedź. A ja tylko wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem. Nie wiedziałam, co mogę mu powiedzieć.
- Zawdzięczam Jamesowi swoje życie. Bo gdyby strzelał ten, który trzymał ciebie... Już bym nie żył. - umilkł na chwilę, a po sekundzie znowu się odezwał, tylko że tym razem już o wiele ciszej – A tymczasem to on nie żyje...
- Że co?! - tym razem to już krzyknęłam – Nie mów mi, że...
- Tak. To ja go zabiłem. Razem z tym drugim gościem. I tak. To ja byłem tym kimś, kto wtargnął tutaj jakiś czas temu. Ten facet ci groził, a ja nie mogłem na to pozwolić.
Zaczęłam powoli przypominać sobie to wszystko. I po chwili mnie olśniło.
- Kurwa Zayn! - krzyknęłam – Przecież tam był też Robert!
- Ej... Myślisz mała że byłbym w stanie go zabić wiedząc, że jeszcze jakiś czas temu się przyjaźniliście?
- Czyli... Czyli on żyje?! - spytałam z niedowierzaniem.
- Tak. On jako jedyny z nich przeżył. Nie mogłem go zabić. Gdyby nie ty to pewnie już dawno by go tu nie było.
Nie wiem dlaczego, ale mój oddech gwałtownie się teraz przyspieszył, a moje serce to myślałam, że jeszcze chwila, a wyleci z klatki piersiowej. Przełknęłam głośno ślinę.
- Gdzie on teraz jest?
- Tam gdzie cała reszta.
- Jak to?
- Podpisał umowę z naszym szefem. To go do czegoś zobowiązuje.
- Cholera... - wyszeptałam, a Zayn tylko uniósł wysoko brwi – Nieee... Nic... - powiedziałam od razu, a on tylko przekrzywił głowę.
On nie wiedział, że ja wiem. To tak bardzo dziwnie brzmi...
- Będę mogła go zobaczyć? - spytałam po chwili, a Zayn tylko wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Ja nie mogłem się tu pojawić przez cztery miesiące. Teraz jakimś cudem się wyrwałem... Poza tym James miał cię odwieźć na lotnisko, ale to dziwne, bo chwilę później napisał mi SMSa, że jednak odwozi cię do domu, bo loty zostały odwołane. Nadal tego nie rozumiem, bo wszystko działało idealnie... Dlatego właśnie wiedziałem, że muszę się tutaj pojawić i wbrew wszystkim przyjechałem. Przeze mnie oni mogą w każdej chwili zrobić ci krzywdę...
- Zayn...
- Nie wiem tylko dlaczego nie mogłem się później skontaktować z Jamesem. To dziwne. I nadal nie mogę...
Mówiąc to spojrzał na mnie, a ja tylko zagryzałam mocno mój policzek.
- Ty coś wiesz... - chłopak odezwał się cicho, a ja tylko pokręciłam głową.
- Nie. - zaprzeczyłam, a Zayn zmarszczył brwi.
- Nie znam cię jeden dzień, a kilka miesięcy... Wiem, kiedy kłamiesz. - powiedział.
Przełknęłam głośno ślinę. Chłopak rozluźnił się i nachylił w moją stronę.
- Musisz powiedzieć mi co wiesz. I tak za kilka dni będę musiał odejść i tam wrócić i wtedy wszystko dokładnie załatwię. Ale musisz mi powiedzieć dokładnie wszystko co wiesz.
- Nie odejdziesz. - powiedziałam stanowczo.
- Będę musiał. Wiem, że ci obiecałem, ale...
- Poczekaj. - powiedziałam przerywając mu jednocześnie.
Wstałam i szybko wyszłam na korytarz. Podeszłam do drzwi i leżącej przy nich mojej torebki. Nachyliłam się przy niej i powoli zajrzałam do środka. Wyciągnęłam z niej pozostałości umowy, która doprowadziła do tak wielu nieszczęść. Spojrzałam na nią bardzo dokładnie, po czym powoli wstałam i odwróciłam się.
Zayn stał już na korytarzu uważnie mi się przyglądał. Wolnym krokiem podeszłam do niego. Chłopak spojrzał na moje dłonie i trzymany w nich kawałek papieru, po czym z powrotem na mnie. Bez słowa wyciągnęłam rękę w jego stronę. Chłopak uniósł brwi w zaciekawieniu i biorąc ode mnie dokument, w ogóle nie spuszczał ze mnie wzroku. Dopiero po chwili spojrzał na papier i dokładnie zaczął go studiować.
- Teraz już nigdy nie odejdziesz. - powiedziałam.
Jednak on się nie odezwał. Patrzał na tą kartkę, a jego twarz w jednej chwili całkowicie złagodniała. Zauważyłam, jak przez jego ciało przeszedł dreszcz. Po chwili jego oczy zaczęły się szklić, a na policzkach zauważyłam dwie pojedyncze łzy. Zayn szybko wytarł je wierzchem dłoni i od razu na mnie spojrzał.
Pokiwałam tylko lekko głową, uśmiechając się przy tym delikatnie.
- Zostaniesz. - powiedziałam.
Dłonie chłopaka zatrzęsły się lekko, a on jedynie pokręcił głową i mocno mnie do siebie przytulił. Automatycznie odwzajemniłam uścisk.
- Dziękuję. - usłyszałam szept – Tak bardzo ci dziękuję...
Tylko tyle był w stanie w tej chwili z siebie wydusić. Tulił mnie do siebie tak mocno, jak nigdy dotąd. Wiedziałam, że się tego nie spodziewał. Był pewny, że będzie musiał tam wrócić, a teraz może z tym skończyć. Po prostu może odejść i żyć jak inni.
Po dość długiej chwili chłopak dopiero odsunął się ode mnie i ponownie wierzchem dłoni wytarł mokre policzki od łez. I nawet się z tym nie krył. Ja jedynie tylko się uśmiechnęłam.
- Powiedz mi tylko... - zaczął pociągając przy tym nosem – Jak mogłaś postąpić aż tak nieodpowiedzialnie? Przecież mogłaś zginąć...
Zaśmiałam się tylko cicho.
- Zrobiłam to dla ciebie. Jesteś moim przyjacielem.
Zayn spojrzał ponownie na pozostałości już po nieważnej umowie, pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy.
- Sama to zrobiłaś? - spytał mnie po chwili.
- James mi pomógł... - powiedziałam – On też chciał, żebyś w końcu był wolny...
- To w takim razie... Gdzie on teraz jest? - spytał, a ja umilkłam.
Zayn dokładnie wiedział, jakie pytania mi zadać, żebym wpadła w pułapkę. Mimo to milczałam, ale on czekał na odpowiedź.
- No gdzieś musi być, skoro ci pomagał. Skarbie... Ty doskonale o tym wiesz.
- On... - zaczęłam.
Zayn uniósł wysoko brwi.
- On tam został.
- Co? - usłyszałam niedowierzanie w jego głosie.
I w tej chwili wiedziałam, że już nie było odwrotu. Musiałam wszystko mu powiedzieć.
- Bo za zerwanie tej umowy oni chcieli kogoś... W zamian. Znasz warunki... - powiedziałam patrząc na niego, a Zayn zaczął wszystko dokładnie analizować.
- Oni chcieli mnie, ale to James stanął za mną i oddał się za ciebie...
W tym momencie usta Zayna otworzyły się dość szeroko. Nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Zabili go? - spytał szybko.
- Nie wiem. Tracił przytomność jak stamtąd wybiegłam. Uciekałam tak jak mi kazał.
- I bardzo dobrze zrobiłaś.
Zayn cofnął się i szybko pobiegł do swojego pokoju. A ja stałam i tylko wpatrywałam się w pustą przestrzeń. Po chwili chłopak wyszedł trzymając w rękach już tylko broń. Przestraszyłam się. Nie zważając na nic podszedł do drzwi. Ściągnął z wieszaka swoją kurtkę i szybko zarzucił ją na siebie. Broń schował do środka kurtki, zasunął się i chwycił za klamkę od drzwi. A ja dopiero wtedy się ocknęłam.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęłam podbiegając do niego.
- Może on jeszcze żyje.
- Zayn nie możesz tam jechać! - powiedziałam stanowczo, jednak i tak to nic nie dało.
- Jutro już może być za późno. Musze tam teraz jechać.
Oczy raptownie mi się zaszkliły. Chłopak tylko westchnął i podszedł do mnie. Chwycił mnie mocno za ramiona i spojrzał w oczy.
- Spokojnie... Wrócę wieczorem. - zapewnił.
Pokręciłam tylko głową.
- Nie wrócisz. Oni coś ci zrobią.
- Wrócę! - podniósł głos – Obiecuję!
- Zayn...
Chłopak tylko pocałował mnie szybko w policzek i cofnął się w stronę drzwi.
- Czekaj na mnie z kolacją. - powiedział z uśmiechem na twarzy, po czym puścił mi oczko i szybko wyszedł z domu.
Od razu podbiegłam do okna w kuchni. Widziałam jak Zayn wsiada na motor, a brama powoli się rozsuwa. Łzy potwornie piekły mi oczy. Wiedziałam, że on już nie wróci. Oni go tam zamordują. I teraz byłam już tylko wściekła na siebie. Mogłam mu nie mówić.
- Cholera! - powiedziałam uderzając dłonią w parapet.
Byłam zła na siebie. Jeżeli on stamtąd wróci... To chyba będzie jakiś cud.
Patrzałam bardzo uważnie przez okno. Po chwili usłyszałam tylko odpalony motor, a kilka sekund później zobaczyłam Zayna wyjeżdżającego z zawrotną prędkością na ulicę.
Potem była już tylko zamykająca się brama i łzy spływające po moich policzkach.




_________________________________________________________


Witam Kochani :)
Oto rozdział 2. Mam nadzieję, że Wam się podoba. Zdaję sobie sprawę, że miał się on pojawić w ostatni weekend, ale niestety się nie wyrobiłam, za co bardzo przepraszam. Jednak udało mi się go dokończyć, tak też jest dzisiaj. Czekam na Wasze opinie :)
Dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem <3
Chciałam też poinformować, że właśnie zabrałam się za czytanie wszystkich zaległości na Waszych blogach więc tam, gdzie nie ma jeszcze mojego komentarza to postaram się, aby pojawił się niedługo :)
Następny rozdział postaram się, aby pojawił się szybciej niż ten, ale niestety nic nie obiecuję...
No więc do kolejnego ^^
ILY <3
@LoveWithHarold

niedziela, 19 października 2014

Rozdział 1

Cisza.
Przerażająca cisza i ciemność.
Moje powieki powoli uniosły się do góry. Zamrugałam kilka razy, a moim oczom ukazał się śnieżnobiały sufit. Wolną dłonią przetarłam moje zaspane oczy, które jak nigdy nie chciały normalnie funkcjonować z resztą mojego ciała. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Byłam w moim pokoju, nic się nie zmieniło. Spojrzałam na stojący przy łóżku zegarek. Właśnie dochodziła dziewiąta rano. Byłam w samej piżamie, a w domu panowała cisza. Powoli podniosłam się z łóżka. Poczułam, jak moje gołe stopy lądują na miękkim i puszystym białym dywanie. Wolnym krokiem podeszłam do okna. Oparłam się obiema dłońmi i o parapet i spojrzałam przed siebie. Całe podwórko zdobił śnieżnobiały i w ogóle nienaruszony puch. Z nieba spadały kolejne płatki śniegu, a ja wyłapywałam pojedyncze z nich. Pojawiały się i jednocześnie bardzo szybko znikały. Jak mój sen...
Przed oczami raptownie stanął mi jego obraz. Weszłam do domu tak, jakbym kierowana była jego głosem. Ciche dźwięki wydobywały się z jego ust, a melodia rozchodziła się echem po moim ciele.
Głos anioła...
Lekki szmer pozwolił mi go dostrzec. Wyłonił się zza drzwi i spojrzał na mnie. Mój przyjaciel. Ktoś, kto był ze mną od początku. Chłopak... Nie. Mężczyzna, który w ostatnim czasie przed swoją śmiercią zrobił dla mnie więcej, niż ktokolwiek inny przez ostatnie prawie osiemnaście lat mojego życia. Bo tylko prawdziwy mężczyzna jest w stanie oddać życie za osobę, którą zna niecałe dwa miesiące.
Łza raptownie zakręciła mi się w oku. Szybko zamrugałam kilka raz powiekami, żeby zatamować narastającą we mnie silną potrzebę nagłego płaczu. Po raz kolejny w moim śnie widziałam Zayna. Widziałam go centralnie przed sobą. Z tym uśmiechem na twarzy, który usilnie chciał mnie przekonać, że wszystko jest w porządku. Nawet się do mnie odezwał. A ja? Nie zdążyłam mu chociaż odpowiedzieć, bo po prostu się obudziłam. Zemdlałam, a moje oczy raptownie się otworzyły. Nie chciałam, żeby to akurat tak się skończyło, ale na sny i marzenia nie ma recepty... Niestety...
Westchnęłam cicho, po czym ostatni raz przyglądając się spadającym płatkom śniegu z nieba, powoli odeszłam od okna i stanęłam przed moją szafą. Jest pierwszy dzień świąt. Mimo to, że uważałam, że tradycję należałoby jakoś zachować, ja nie miałam na to nawet siły. Wszystko mnie przytłaczało. Ja... Do tej pory miałam przed oczami konającego Jamesa, umarłego Zayna, a do tego wszystkiego czułam, jak krew po prostu spływała z moich dłoni. Postrzeliłam człowieka i naprawdę nie miałam teraz jakichkolwiek powodów do świętowania. Czułam się brudna i zniszczona. A tak nie powinno być.
Wyciągnęłam z szafy jakieś pierwsze lepsze jeansy i koszulkę, wciągnęłam je na siebie, związałam włosy w kucyka i po prostu wyszłam z pokoju. W momencie, kiedy pojawiłam się za drzwiami mojego pokoju, poczułam zapachy rozchodzące się po całym domu. Zapach jakiś gorących posiłków. Owszem byłam głodna, ale i tak uciekało mi to jakoś w tym momencie... Najbardziej interesowało mnie, skąd dochodził ten zapach. Ruszyłam powoli korytarzem w stronę salonu. Przechodząc koło jadalni zatrzymałam się na chwilę. Zobaczyłam pięknie zastawiony stół. Podeszłam bliżej stając w przejściu. Masa gorących potraw, kwiaty, piękny biały obrus... Dosłownie tak jak w święta. Patrzałam na to przez chwilę, po czym nasunęło mi się pytanie... Skąd się to wszystko wzięło? Przecież nie było mnie wczoraj wieczorem w domu, a jak wróciłam od razu położyłam się spać. Ktoś ewidentnie mnie śledził... Nie powiem. Przeraziłam się. Bardzo mi się to w tej chwili nie podobało.
Cofnęłam się kilka kroków do tyłu i odwróciłam się w stronę kuchni z zamiarem sprawdzenia, co się tak naprawdę tutaj dzieje. Niby tu mieszkam, a tak naprawdę nie mam pojęcia, co się w tym domu codziennie rozgrywa. Kiedy tylko podniosłam swój wzrok, gotowa by przejrzeć cały zakamarek domu, dosłownie krzyknęłam. Moje gardło opuścił jeden wielki i głośny pisk. Przeraźliwie cofnęłam się do tyłu, aż wpadłam na stojący za mną wielki wazon z kwiatami. W ostatniej chwili złapałam go i ustawiłam do pionu. Szybko spojrzałam ponownie w stronę kuchni. Moje oczy przybrały wyraz ogromnych kół, a oddech miarowo się przyspieszył. Byłam przerażona.
W progu kuchni stał Zayn. Ten umarły Zayn, który jeszcze wczoraj śnił mi się, uśmiechał, a którego przecież zamordowano i spalono niemal żywcem. To był jakiś istny żart! Ja chyba serio muszę udać się do jakiegoś lekarza, bo ze mną naprawdę jest coraz to gorzej!
- To chyba jakiś koszmar... - wyszeptałam w ogóle nie spuszczając z niego wzroku.
Chłopak musiał to usłyszeć, bo tylko zaśmiał się, oderwał od progu i zrobił kilka kroków w moją stronę.
- To jakiś pierdolony żart! - tym razem już niemal krzyknęłam.
W momencie, kiedy on robił krok w przód, ja cofałam się o wielkość tego kroku do tyłu.
- Nie. To nie jest żart. - usłyszałam jego rozbawiony głos.
- Jak nie?! Przecież ty nie żyjesz! - krzyknęłam.
Jego usta złączyły się w dzióbek. Po chwili podrapał się po głowie.
- No... Teoretycznie nie żyłem, ale jednak się pomyliłem...
- Co...? - wyrwało mi się – Głowa cię boli?
I urwałam, bo moja dłoń zyskała szybki kontakt z czołem.
- No jak... Boże... Przecież ty nie żyjesz, to jak cię głowa może boleć... - rzuciłam całkowicie poirytowana moją głupotą.
- Ale ja żyję! - odezwał się stanowczo.
- Jesteś zombi? - spytałam, a jedna jego brew znacząco uniosła się do góry.
Jego uśmiech w jednej chwili zaczął się poszerzać, a po chwili dało się już słyszeć jego głośny śmiech.
- Nie wiem co w tym śmiesznego! - zaprzeczyłam, ale on po chwili pokręcił głową ciągle się śmiejąc.
- Nie jestem żadnym zombi! Co ci przyszło do głowy?
- No to kim jesteś do cholery?! - krzyknęłam – Aniołem?!
- Nooo szczerze to już nie raz to słyszałem. - rzucił z rozbawieniem, a ja mocno zmarszczyłam brwi.
Chłopak ruszył w moją stronę, jednak ja powoli zaczęłam się cofać do tyłu. Po chwili moje plecy zderzyły się z wielkimi szklanymi drzwiami prowadzącymi na taras. Spojrzałam na nie kątem oka, a po chwili na to zombi idące w moją stronę. Był coraz bliżej, a ja czułam, że moje życie właśnie się kończy. Serce waliło mi jak oszalałe. I to z totalnego strachu. Byłam przerażona. On przybliżał się coraz szybciej. Zacisnęłam mocno powieki, żeby nie czuć tego bólu i jak najszybciej się obudzić, ale po chwili poczułam ramiona mocno oplatające moją sylwetkę i ciepło. Takie porządne ciepło i przede wszystkim prawdziwe.
- Zostaw mnie... - wyszeptałam.
- Jestem tutaj. - usłyszałam w odpowiedzi.
Tulił mnie do siebie bardzo mocno, a ja nie byłam w stanie nawet go dotknąć. Przecież jego tu nie ma! To wszystko mi się śni. Zaraz się obudzę i wszystko wróci do normy. Znowu będę siedziała sama w domu, Paul będzie chciał mnie zabić, minie pół roku, a ja wrócę do Polski... Jak dawniej!
- Błagam cię odsuń się ode mnie... - wyszeptałam niemal błagalnie.
Chłopak szybko oderwał się ode mnie, a ja otworzyłam oczy. Jego czekoladowe tęczówki wyglądały jak prawdziwe.
- Ty ciągle w to nie wierzysz? - spytał.
- Bo ciebie tu nie ma. - wyszeptałam, a on od razu chwycił moją twarz w swoje dłonie.
- Jestem tu, słyszysz? Żyję! I już nigdy stąd nie odejdę, rozumiesz?!
Mówiąc to cały czas patrzył w moje oczy. Tak, jakby chciał mnie zahipnotyzować, o czymś zapewnić.
Ja natomiast pokręciłam jedynie głową. Do oczu zaczęły mi się zbierać łzy. Po chwili jedna usilnie wypłynęła na powierzchnię.
- Obudź mnie Zayn... - wyszeptałam – Proszę pozwól mi się obudzić. Nie chcę przeżywać tego wszystkiego jeszcze raz. Nie chcę cierpieć...
- Ale ty nie śpisz! Jesteś tutaj! A ja jestem razem z tobą! Musisz w to uwierzyć!
- Nie chcę w to wierzyć! To nieprawda! - krzyknęłam wyrywając się z jego uścisku.
Może to dziwne, ale ten sen nadzwyczaj mi się wydłużał. On mnie zapewniał o zupełnie czymś innym, a ja po prostu ciągle byłam przekonana, że to wszystko jest jednym wielkim koszmarem, z którego zaraz jakimś cudem się wybudzę.
- Mała błagam cię... - odezwał się, a we mnie tak jakby ponownie się coś obudziło.
Byłam uczulona na to słowo. Zdecydowanie. Z jego ust totalnie brzmiało ono inaczej. Tak jakby kierowane było tylko do mnie. Nie przypominam sobie, żeby zwracał się tak też do kogokolwiek innego.
Chwycił mnie powoli za rękę i mocno ścisnął moją dłoń.
- Uwierz w to... Błagam... - odezwał się cicho, a ja wyrwałam swoją dłoń z jego uścisku.
Spojrzałam na jego twarz i chwyciłam ją w obie swoje dłonie. Chłopak przymknął oczy, a ja dokładnie dotknęłam jego policzków, nosa, ust, oczu... Zbadałam go tak, jak robią to niewidome osoby. Pod dłońmi czułam lekki zarost, ten charakterystyczny dla jego wyglądu. Jego włosy były w dotyku takie same jak kiedyś. Były prawdziwe. On cały był prawdziwy. Tylko ja po prostu ciągle twierdziłam, że to nie prawda. On tu naprawdę był, naprawdę stał przede mną i naprawdę żył! Może ja naprawdę potrzebuję tego lekarza...
Kiedy opuściłam swoje dłonie, jego oczy otworzyły się i na powrót spotkały z moimi. A ja tylko stałam, a z moich oczu łzy zaczęły niemiłosiernie wypływać. Słony płyn drażnił wszystko po kolei, ale ja i tak pozwalałam mu spokojnie wypływać. Stałam w bezruchu do momentu, w którym na powrót siły nie pojawiły się w moim ciele.
On już chciał coś powiedzieć, kiedy z niewiarygodną siłą moja dłoń zyskała bliski kontakt z jego policzkiem. Chłopak raptownie chwycił się za niego odwijając się w bok. Jego zdziwiony wzrok od razu przeszył całe moje ciało.
- Za co to było?! - spytał nie wiedząc, co może jeszcze powiedzieć.
Łzy zaczęły jeszcze bardziej spływać mi po policzkach, a moja złość – o ile można to tak naprawdę nazwać – była w tej chwili nie do opisania.
- Dlaczego to kurwa zrobiłeś?! - krzyknęłam – Dlaczego mnie zostawiłeś, dlaczego odszedłeś bez słowa?! Czemu tak to wyglądało?!
Chłopak raptownie opuścił dłoń ze swojego policzka nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Płakałam po nocach! Nie byłam w stanie się podnieść po tym, jak widziałam kiedy umierasz! Każdego dnia budziłam się z nadzieję, że jednak to wszystko było jakimś błędem! I było! Tylko ty inaczej to wszystko kurwa widziałeś! Myślałeś, że jeżeli nic mi nie powiesz to będzie w porządku! Ale się myliłeś! Nienawidzę cię! - krzyknęłam, a łzy niemiłosiernie lały się po moich policzkach.
Zayn tylko pokręcił głową i mimo moich oporów mocno mnie do siebie przytulił. Zaczęłam się szarpać i wyrywać, ale on i tak mnie nie puszczał.
- Przestań... - powiedział cicho.
- Jak mogłeś pozwolić mi tak cierpieć?! - krzyknęłam bijąc pięściami w jego klatkę piersiową.
Ale on tylko jeszcze mocniej przytulił mnie do siebie. Jedną dłonią chwycił mnie za tył głowy przyciskając mocno do swojej szyi.
- Dlaczego mi to zrobiłeś?! - krzyknęłam – Dlaczego odszedłeś i mnie zostawiłeś?!
Moje ruchy przestały już być gwałtowne, a dłonie po prostu przywarły do jego koszulki.
- Dlaczego...? - spytałam ostatni raz już niemal szeptem i moje usta opuścił głośny szloch.
Chłopak zaczął mnie tulić do siebie, wolną dłonią głaszcząc moje włosy.
- Przepraszam... - usłyszałam – Teraz już jestem i nigdy już nie odejdę. Obiecuję. Nie popełnię więcej tego samego błędu...
A ja płakałam. Płakałam jak jedna wielka idiotka, która dała się oszukać. Chociaż wiedziałam, że tak nie było. Ja po prostu o tym wszystkim nie wiedziałam. On musiał mieć powód dla którego zostawił nas wszystkich, odszedł, a teraz znowu wrócił.
Tylko jakim cudem przeżył?
To pytanie nadal nie dawało mi spokoju...



_________________________________________________________


Witam Kochani :)
Rozdział 1... No mam nadzieję, że Wam się podoba. Nie chciałam nawalić już na początku... Przepraszam tylko, że tak późno, ale naprawdę się nie wyrobiłam. Szkoła mnie dobija...
Nie chcę dzisiaj przedłużać, naprawdę :)
Zapraszam do odwiedzania zakładek, dodawania się do obserwatorów, itd.
Dziękuję za komentarze pod prologiem i ponowne ciepłe przyjęcie z Waszej strony <3
Kolejny rozdział planuję dodać jakoś tak w przyszłym tygodniu, ale i tak wszystko jest zależne od szkoły. Niestety...
Więc do kolejnego <3
ILYSM <3
Wasza @LoveWithHarold